1. Tereny Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym.
Oto na scenę wkracza demon organizacji, motor wszystkiego, teoretyk ruchu i człowiek niespożyty: Jerzy Warchałowski.
Kiedy w 1912 r. zapaleńcom ze Stowarzyszenia Polska Sztuka Stosowana po jedenastu latach działalności, udało się doprowadzić do powstania i otarcia wystawy (dziś na jej terenie przebiega ul. Oleandry i stoją monumentalne gmach użyteczności publicznej) , to kilku duchowych ojców tego przedsięwzięcia już nie żyło. Pierwszym pośród nich był Stanisław Wyspiański, zmarły przedwcześnie, którego dorobek celnie wskazywał na rozmaitość i wszechstronność sztuki, którą winniśmy się otaczać. Omnipotencja Wyspiańskiego i jego geniusz w kilku przynajmniej dyscyplinach były niemożliwym do pominięcia dowodem, że artysta nie może być jednostką wyekstrahowaną z rozmaitości życia i skierowaną TYLKO na malarstwo lub kameralną rzeźbę.
Wystawa Towarzystwa była największą na terenach Polski prezentacją osiągnięć techniczno-budowlanych, zawierała w sobie przykłady kilku domów wystawionych wraz z otoczeniem, obrazujących propagowane tendencje –i kilka rozrywek dla „lżejszej” publiczności („diabelski młyn”). Wydarzenie było wielkim sukcesem i przyczyniło się do kształtowania na lata gustów (części przynajmniej) oświeconej publiczności. Stało się też podsumowaniem aktywności TPSS i podbudową do powstałych później Warsztatów Krakowskich i wielkiego ich sukcesu na wystawie paryskiej w r. 1925.
.jpg)
Plan Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym
Same budynki, wnętrza, poszczególne sprzęty zaprojektowali pierwsi spośród artystów, sprzęgnięci – dzięki działalności Towarzystwa – z rzemieślnikami. Wspomnieć należy tu koniecznie, że w Towarzystwie Polska Sztuka Stosowana przeważali mecenasi i dobroczyńcy, np. Sienkiewicz i Reymont – artystów „branżowych” było wszystkiego może z 5%. Tym trudniejszą pracę mieli do wykonania animatorzy przedsięwzięcia, dbający o poziom artystyczny.
To było spore novum, bo wielu artystów stworzonych było (w swoim mniemaniu) do rzeczy wyższych, aniżeli obcowanie – i WYMIANA POGLĄDÓW – z rzemieślnikami. Ukazujące się od 1900 roku czasopismo „Architekt” poświęciło wystawie w r. 1912 podwójny numer (6-7).
Główna oś kompozycyjna wystawy odpowiadała w przybliżeniu dzisiejszemu przebiegowi ul. Oleandry – np. gospoda browaru Okocim stała w miejscu dzisiejszego północno-zachodniego narożnika nowego gmachu Biblioteki Jagiellońskiej.
2. Dom architekta Władysława Ekielskiego
Pan Profesor Ekielski sam zaprojektował sobie dom, sygnalizując nim dystans do dotychczasowych architektonicznych mód. Budynek, który był manifestem poczucia humoru projektanta, stał się częścią kwartału, zwanego niekiedy „kwartałem Talowskiego” ze względu na obecność w nim licznych budynków projektu Teodora Talowskiego, innej krakowskiej znakomitości architektonicznej tamtych czasów. Na fotografii widzą Państwo, jak wyglądał pomysł Ekielskiego, zanim zepsuł go międzywojenny remont i nadbudowa. Wtedy też zniknęły umieszczone na klatce schodowej malowidła Antoniego Tucha (zachowała się dokumentacja fotograficzna).
O krakowskim witrażownictwie i Stanisławie Wyspiańskim jako projektancie najpiękniejszych polskich szkieł napisano już wiele grubych ksiąg. Ale mało kto wie, że zanim pierwszy zapewne szklarz-witrażysta w Krakowie, p. Teodor Zajdzikowski, rozpoczął realizowanie zleceń (otworzył zakład w 1882 r. przy ul. św. Jana 17), i zanim rodzina Żeleńskich odkupiła zakład witrażów od spółki Ekielski-Tuch, to krakowskie szkła wykonywano np. ... w Innsbrucku.
3. Zakład Żeleńskich
Ten wyjątkowy budynek, dziś przy Al. Krasińskiego 23, kiedyś przy ul. Swoboda, jest dobrym przykładem realizowania w praktyce zasad Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana. Zaprojektowany przez Ludwika Wojtyczkę piękny obiekt był jednocześnie roztropnie i całkowicie podporządkowany potrzebie wykonywania witraży - od projektu, poprzez przyjmowanie klienteli, prezentację i umowy – aż do odlewów ołowianych profili, pieców do szkła – i montażu. Pomieścił też mieszkania właścicieli. Poznając wnętrza budynku widzimy, że inwestor wiedział, czego dokładnie potrzebuje. Dość wspomnieć, że mimo dwóch wojen światowych i czterech ustrojów politycznych budynek ten idealnie realizował zamierzone funkcje.
Stanisław Gabriel Żeleński, brat Tadeusza i syn Władysława, wraz ze swoją niezrównaną małżonką, Izabelą z Madeyskich wystawili zakład nie bez racji tuż obok domu Ekielskiego, bo to właśnie w nim działała uprzednio spółka z A. Tuchem; bardzo rozsądne posunięcie promocyjne. Bliskie relacje Ekielskiego z Wyspiańskim skutkowały witrażami Pana Stanisława, wielką sławą dla firmy a także (… spójrzmy łaskawym okiem na ogrodzenie domu Ekielskiego, czy to nie znajoma kreska?) innymi pożytkami.
Podczas I Wojny poległ pod Kraśnikiem Stanisław Gabriel. U boku matki zastąpił go w zakładzie syn Adam. Dla Żeleńskich projektowali najlepsi artyści swoich czasów. Ich listę wraz z dziejami rodziny znajdą Państwo w książce P. Zbigniewa Sroczyńskiego (nb. wnuka St. Gabriela i Izabeli) „Żeleńscy Rodowód” wydanej w 1997 r.
Dodać tylko należy, że bez krakowskiego witrażu praktyka współpracy artystów różnych dyscyplin przy artystyczno-rzemieślniczym dziele, praktyka głoszona i realizowana przez Sztukę Stosowaną – byłaby znacznie uboższa. Wpływy estetyczne i artystyczne firmy Żeleńskich sięgały daleko poza Polskę i Europę. Z początkiem lat 50-tych XX w. rodzinna firma została przymusowo upaństwowiona, co doprowadziło do ruiny sporą część dziedzictwa. Tego niestety żaden IPN nigdy nie dotknie. A może powinien? Lista zakładów, marek i lokali, które z powodu nienawiści dla przedwojennej Polski rozmyślnie zrujnowano, jest długa, bardzo długa.

Wnętrze zakładu Żeleńskich z 1910 r.
4. Muzeum Techniczno-Przemysłowe i jego zacna Dziedziczka
Jednym ze skutków wystawy londyńskiej sięgających wprost do Krakowa była kolekcja dr Adriana Baranieckiego, który po latach pobytu w Londynie, poddany urokom muzeów w Kensington, począł gromadzić na własną rękę kolekcję, którą nazwalibyśmy zbiorami wzornictwa przemysłowego. Kilkanaście lat po śmierci inicjatora i fundatora zbiory – ulokowane dotychczas w budynkach klasztoru Franciszkanów, vis a’ vis Kurii Metropolitalnej – przeniesiono do specjalnie na ten cel wybudowanego kompleksu przy ul. Smoleńsk. Artyści ze Stowarzyszenia Polska Sztuka Stosowana wspólnie z rzemieślnikami znów pokazują co potrafią: Tadeusz Stryjeński konstruuje budynek, a Józef Czajkowski fasadę i balustrady klatki schodowej – wizytówkę obiektu. Wojciech Jastrzębowski realizuje wnętrze Sali wykładowej z katedrą, boazeriami i meblami. Jan Bukowski – witraże na schodach, Karol Homolacs urządza czytelnię. Budowa się przeciągnęła (1908-1914), bo budowniczowie nienajlepiej radzili sobie z nową, żelbetonową konstrukcją i doszło do katastrofy budowlanej. Po drodze przytrafił się też kryzys gospodarczy r. 1912, co nie pomogło inwestycji. Niewielkie drzwi wejściowe do czytelni uniemożliwią nam jej zwiedzenie, ale przy okazji proszę tam zajrzeć, bo warto.
W tym budynku skupia się esencja naszego dzisiejszego spaceru, tu trafiły zbiory Baranieckiego, tu przeżyły swoje smutne stalinowskie i post-stalinowskie przygody.
Trzy połączone w zespół (pod-)londyńskie muzea wybudowano za zyski (186.000 ówczesnych funtów) z Wystawy Światowej 1851 r. Spośród nich Muzeum Wiktorii i Alberta było i jest najrozleglejszym i najbogatszym w świecie muzeum przedmiotu. To pod jego urokiem pozostawać musiał młody a bogaty ziemianin-lekarz z Podola. Kiedy czterdziestoletni Baraniecki przenosił swoje zbiory zza granicy do Krakowa i w 1868 r. zakładał muzeum, to Staszek Witkiewicz liczył sobie lat siedemnaście. Zbiory ulokowano najpierw – najtrwalsze prowizorki – w pomieszczeniach klasztoru Franciszkanów dzierżawionych przez miasto. W refektarzu i pomieszczeniach z nim sąsiadujących zgromadzono zbiory, mieszkał tu też i sam Baraniecki. Zbiorami i muzeum kierował aż do swojej śmierci w 1891 r. A był człowiekiem niespożytym. Realizował swoje pasje na opisanym już polu, jako lekarz i przyrodnik, a także jako organizator i wykładowca wyższych kursów dla kobiet (przypomnimy – panie nie miały wstępu na Uniwersytet), nazywanych w Krakowie - nie bez nuty pogardy - „baraneum”. Kursy realizowane były – jako miejskie przedsięwzięcie - na bardzo wysokim poziomie, i musiało to drażnić niejednego męskiego głupka z cenzusem, ale jakże często wyzbytego refleksji. Do zdolnych Pań zaraz dojdziemy.
Następnym wydarzeniem w tym budynku, kluczowym dla zrozumienia naszej dzisiejszej trasy – była działalność Towarzystwa Warsztaty Krakowskie. Po finale działalności TPSS – za jaki uznać trzeba owocną wystawę roku 1912 – młodzi polscy artyści, objeżdżeni po „Paryżach i Rzymach”, nie chcieli już kopiowania poczynań starszych kolegów ani nerwowego poszukiwania wiejskich wzorów. Chcieli projektować sami. Wspólnota sztuki, rzemiosła, talentów samorodnych i akademickich wydawała się im naturalna. Po krótkotrwałej próbie z r. 1911,manifestującej utworzenie grupy ARMiR (Architektura, Rzeźba, Malarstwo i Rzemiosło) w roku 1913 grupa artystów utworzyła zgromadzenie w typie spółdzielczym pod nazwą WARSZTATY KRAKOWSKIE. Założyli je Szyszko-Bohusz, Kuncek, Konieczny(Wł.), Młodzianowski, Blicharski, Jastrzębowski, Rembowski, Homolacs, Zygmunt i Zofia Lorecowie, Zofia i Karol Stryjeńscy, Witkiewicz (Kazimierz), Wyrwiński i – Bonawentura Lenart.
Wystarali się o opiekę i pomoc Muzeum Przemysłowego. Oddajmy głos jednemu z założycieli: „Praca (…) zmierzała do tego, by ująć w swe ręce nie tylko projektowanie lecz i wykonywanie przedmiotów sztuki. Sprzęty wykonywaliśmy z drzewa krajowego w masywie, starając się o mocną i rzeczową konstrukcję. Wyroby z metalu to przeważnie talerze ozdobne, czary i puchary sportowe, całkowite zastawy do kawy, cukiernice ze srebra, miedzi, mosiądzu, techniką kotlarską ręcznie wykonywane. Projektowało się bezpośrednio w materiale, stosując ozdoby – jeśli takie były potrzebne – zgodnie z materiałem i narzędziem.” – wspominał w 1952 r. Wojciech Jastrzębowski. Na zaszczytną wzmiankę zasługuje zaangażowany przez dyrektora muzeum, T. Stryjeńskiego Bonawentura Lenart, instruktor i kierownik warsztatu introligatorskiego. „(…) znakomity fachowiec w dziedzinie papieru, czcionki, liternictwa i budowy książki, który własnym wysiłkiem od chłopca introligatorskiego i czeladnika na mocy ówczesnych praw cechowych przewędrował i przestudiował wszystkie najznakomitsze warsztaty pracy introligatorskiej Europy, był dla nas wzorem artysty-rzemieślnika w najlepszym tego słowa znaczeniu” – wspomina w innym miejscu Jastrzębowski.


Inicjały zaprojektowane przez Jana Bukowskiego (z lewej) i Eugeniusza Dąbrowę-Dąbrowskiego (z prawej).
To właśnie relacja wzajemna Lenarta i innego członka Warsztatów, Kazimierza W. Witkiewicza, wieloletniego dyrektora biblioteki muzeum sprawiła , że miłośnicy książki („zmyszone księgoluby”) działają do dziś w Zakonie i Kapitule Orderu Białego Kruka, którego ciągłość przetrwała dzięki służbowemu mieszkaniu Kazimierza Witkiewicza, na parterze Muzeum i po latach ciemności została podjęta przez jego syna, ś.p. Tadeusza.

Batik zaprojektowany przez Józefę Kogutównę.
Najwspanialszy z eksperymentów Warsztatów Krakowskich dokonał się jednak dzięki Antoniemu Buszkowi. Dzięki znajomości natury ludzkiej obudził talenty twórcze w przypadkowo napotkanych na ulicy (przed bramą cygarfabryki przy ul. Dolnych Młynów) podkrakowskich dziewczętach. Wdrożył je w malowanie tkanin batikowych. Jego niezaprzeczalnie genialna metoda dydaktyczna, budząca i generująca zdolności twórcze, dosłużyła się nagrody na wystawie w 1925 r. w Paryżu, na której pawilon polski stworzony przez „Warsztaty” rozbił bank z nagrodami i wyróżnieniami.

Kredens W. Jastrzębowskiego – wyk A. Jaszczołt z Warszawy. W tle – tkaniny batikowe.
Dziś na Smoleńsku ulokowany jest najlepszy z możliwych spadkobierców Muzeum Techniczno-Przemysłowego, kursów dokształcających i Warsztatów Krakowskich – Wydział Form Przemysłowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i biblioteka ASP.
5. Izba Rzemieślnicza przy ul. św. Anny, róg Jagiellońskiej
Do tego zgrabnego budyneczku wybraliśmy się z powodu sygnowanych witraży Henryka Uziembły (także członka TPSS), umocowanych przy wejściu - i na schodach. Projekt budynku bankowego powstał dla Towarzystwa Kredytu Hipotecznego i Osobliwego, w 1908 r. Dziś zajmowany jest przez Izbę Rzemieślniczą. Jego projektantem był Rajmund Meus.
6. Budynek magistratu
Rozbudowy, przebudowy, adaptacje i odbudowa po pożarze Pałacu Wielopolskich – siedziby władz miejskich – wymagałyby obszernych opracowań. I wielu takich opracowań się doczekały. Ale, by nie trudzić państwa nadmiernie odwiedzimy dziś w tym gmachu tylko te miejsca, które powiązane są z aktywnością kręgu artystów Polskiej Sztuki Stosowanej. Pośród nich na pierwsze miejsce wysuwają się dokonania Jana Bukowskiego, który zaprojektował nie tylko meble do mieszkania prezydenta miasta ( w Pałacu Larischa – róg Brackiej i Franciszkańskiej) ale polichromię do korytarza prezydenckiego, meble do prezydenckich gabinetów i salę posiedzeń (niestety spłonęła wraz z wyposażeniem w maju 1926 r.)

Mieszkanie prezydenta miasta w Pałacu Larischa - meble proj. Jana Bukowskiego
Mimo supremacji jednego tylko artysty w gmachu znalazły się także dyskretnie umieszczone w stropie głównej klatki schodowej witraże Antoniego Procajłowicza, a za plecami przewodniczącego Rady Miasta kilim symbolicznie przedstawiający znaki cechowe, autorstwa Bogdana Tretera (odnowa po pożarze 1926), artysty ze stowarzyszenia „Kilim”, bliższego Warsztatom Krakowskim, które z racji pokoleniowych przejęły wartości TPSS.
7. Dom Antoniego Suskiego i szyld nad wejściem do sklepu
To kamienica Suskich, a w niej niewidoczny już salon Antoniego Suskiego projektu Ludwika Wojtyczki – oraz doskonale widoczny szyld nad drzwiami do sklepu Suskiego, który powojenni krakowianie mogą pamiętać też jako sklep „u Kolasy”. Stąd już niedaleko do Rynku Głównego.
8. W Rynku Głównym, pod numerem 47 mieści się kawiarenka będąca kiedyś sklepem firmowym cukiernika i późniejszego fabrykanta czekolady, Adama Piaseckiego. Ale spółka, która obecnie ten lokal prowadzi, nie wspomina o tym we wnętrzu. A szkoda. Firma Piaseckiego i sam Pan Adam mieli swoje miejsce w zwykłej, obywatelskiej historii Krakowa, a nie tylko w tej „katedralnej” i „gronostajowej”. Zajrzeliśmy tu jednak nie z powodu firmy Piaseckiego, ale z racji malowideł na suficie, które – mimo, że nie sygnowane - dziwnie przypominają dekoracje w magistracie i sufit w kościele Jezuitów. To bardzo prawdopodobne, że autorem dekoracji był Jan Bukowski, wszechstronnie uzdolniony artysta i podpora Towarzystwa Polskiej Sztuki Stosowanej. Proszę dla przypomnienia spojrzeć raz jeszcze na wydrukowaną spacerowniku reklamówkę zakładu witraży…
9. Kawiarnia Noworolskiego, potocznie a pieszczotliwie zwana „Noworolem”
Lokal ten interesuje krakowian z wielu powodów, od artystycznych po towarzyskie. Wśród bywalców z odleglejszych miast uchodzi za jeden z symboli miasta. Od wielu miesięcy jest niesłusznie poszkodowany z powodu odbywających się, przy sukiennicach i przed jego frontem, przepychankach dotyczących tzw. „podziemi Rynku Głównego”. Zaszliśmy tu dziś z powodu prac artystów TPSS, a mianowicie Henryka Uziębły, który zaprojektował jeden z fryzów i Eugeniusza Dąbrowy-Dąbrowskiego – autora projektu wnętrza. Kawiarnia pełni też chwilowo rolę wnętrza wystawowego – ale nie uprzedzajmy faktów.
Możemy co najwyżej zwrócić uwagę PT publiczności na to, że aż dwóch kresowian (Jan Apolinary Michalik i Jan Noworolski – obaj przenieśli się ze Lwowa) zdecydowało o powierzeniu wnętrz artystom z kręgu Polskiej Sztuki Stosowanej. Może zwyczajnie mieli bardziej otwarte głowy, niż miejscowi?
10. Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w kamienicy Szołayskich
Zaglądamy tu dziś dla jednego pretekstu: Stanisław Wyspiański, bo jego muzeum się tu znajduje, interesuje nas z racji swoich projektów wnętrz i mebli. Tu zobaczymy wystawioną pierwotnie w Pałacu Sztuki (w 1904 r.)„Świetlicę Bolesławową” i meble sporządzone dla Żeleńskich (złośliwiec-Boy kpił z nich niemiłosiernie), do mieszkania przy Karmelickiej. Wyspiański-scenograf, szczególnie w dramacie „Bolesław Śmiały”, uwidocznił swoje przekonania o mocy prasłowiańskiego rodowodu polskich stylów, w czym zbliżył się do Witkiewicza. Projekt kostiumu „Króla” (dziś w zasobach Muzeum Narodowego w Warszawie) wydaje się zawierać w sobie i góralskie zdobienie (pas, obszycia) i samurajską zbroję widzianą zapewne w zbiorach Mangghi - Jasieńskiego (panowie świetnie się znali i szanowali), i uskrzydlony hełm Gallów. Takie to rzeczy kotłowały się w głowie Mistrza Stanisława, a na co dzień – jak to w Krakowie: użeranie się z konserwatywnym duchowieństwem, konflikty z „salonem”, któremu Wyspiański (czegoś, psiakrew…) nie za bardzo lubił się kłaniać, kłopoty ze zdrowiem. Te „prałaty-hofraty” nie bardzo mogły znieść mistrza zafascynowanego duchem chłopskim, portretującego w „Weselu” rodzonego pradziadka Róży z Branickich Stanisławowej Tarnowskiej, targowiczanina, wynoszonego przez diabłów na widłach.
11. Narodowy Stary Teatr i sale Towarzystwa Muzycznego, z czasem restauracja.
Autorami projektu byli Tadeusz Stryjeński (konstrukcja – strop żelbetonowy) i Franciszek Mączyński – fasady. Foyer na piętrze przedzielono na westybul Sali głównej i salę redutową z oknami wychodzącymi na ul. Jagiellońską. Meble zaprojektował, znany nam później z udziału w powstaniu Muzeum na Smoleńsku, Józef Czajkowski.
12. Pałac Sztuki i sala „Świetlicy Bolesławowej” Stanisława Wyspiańskiego
Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych gościło u siebie wystawy TPSS, a pośród nich i tę z 1904, jubileuszową (50-lecie TPSP). To właśnie jej częścią stała się „Świetlica”. Tak pisał o tym Wojciech Jastrzębowski, późniejszy współzałożyciel „Warsztatów Krakowskich”: „W roku 1904 Wyspiański, organizując wystawę Sztuki, jedną z sal wystawy przeznaczył na świetlicę. Była to boczna sala na lewo od wejścia, urządzona specjalnie. Otaczała ją odstająca od ściany boazeria pokryta od góry półką. Drewniane odrzwia obramowały wejścia zawieszone haftowanymi kotarami, a pośrodku sali, nieco wgłębi, ustawione byty trzy trony, "siedziska", mocarne i prasłowiańskie. Pierwszy raz w życiu widziałem tak dziwne meble ze zwykłego drewna (nie fornirowane), szare, nacięte piłą czy toporem, a pokazane jako dzieło sztuki na równi z rzeźbą i malarstwem.”

”Świetlica Bolesławowa” urządzona przez Stanisława Wyspiańskiego w Pałacu Sztuki
13. Sala zgromadzeń Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych czyli „Florianka”, dziś aula Akademii Muzycznej czyli przegląd obowiązujących gustów ówczesnych.
Kiedy spoglądamy na pełną przepychu salę posiedzeń Towarzystwa Ubezpieczeń „Florianka” (od św. Floriana, tego od ognia i pożarów), na wnętrza Teatru Miejskiego im. Juliusza Słowackiego, salę balową Starego Domu Zdrojowego w Krynicy, fotografie paryskiej Opery Garniera czy nawet na fasadę Opery Lwowskiej albo prywatne mieszkanie Jana Zawiejskiego, to zdajemy sobie sprawę, na co zamierzali się członkowie Towarzystwa Polska Sztuka Stosowana, chcąc zmieniać lub przynajmniej uświadamiać ówczesnych konsumentów wnętrz.
Wnętrze mieszkania architekta Jana Zawiejskiego
Nie było to łatwe zadanie. Neoklasyczne czy (jak tu) neorenesansowe wnętrza były ilustracją do całej „należytości” ówczesnego społecznego pojmowania świata, a propozycje innych spojrzeń narażone być musiały na zarzuty socyalnej rewolucji, wyuzdania, moderny, bezbożnictwa i inne dyżurne epitety, których wiele znaleźć można w codziennej prasie tamtych czasów.
Tę część budynku Tomasz Pryliński dostawił w 1886 r. do istniejącego już skrzydła frontowego z r. 1879, by w 1891 wzbogacić je jeszcze o wieżyczkę w podworcu. „Florianka” nie wiąże się nam tematycznie w żaden sposób z dzisiejszym spacerem, ale autor chciał pokazać Państwu różnice w pojmowaniu sztuki tamtych czasów. Opuśćmy gmach by przejść do siedziby zasłużonego wydawnictwa przy ul. Długiej. Mieści się ono w gmachu powstałym w l. 1904-1906 jako siedziba Izby Handlowej i Przemysłowej. Sala do której zmierzamy zajmuje piętro lewej oficyny: schody poprowadzą nas na piętro, z nich skręcimy w prawo, i na końcu raz jeszcze w prawo.
14. Budynek Izby Handlowej i Przemysłowej a w nim sala posiedzeń, znana jako Mehofferowska...
… a o mały włos mogła się była nazywać „Wyspiańska”. To piękne i jednorodne wnętrze zaproponowano najpierw jako projekt Stanisławowi Wyspiańskiemu. Ten zapalił się bardzo, ale po pewnym czasie stan zdrowia i konflikt dotyczący konieczności umieszczenia w sali popiersia Franciszka Józefa I Habsburga (Wyspiański nie przewidywał go w projekcie) – zwanego w pewnych kręgach „Najjaśniejszym Panem” – skłonił go do przerwania prac. Zacytujmy dziennik artysty z tamtego czasu: „Co do Izby handlowej, to jeszcze tak na bardzo pewno nie wiadomo, bo Izba wciąż mnie prześladuje Cesarzem, a ja staram się znaleźć coś takiego, żeby ich postawić kolizyi wyboru. (…) komitet przecie z uporczywością restauratora (tj. właściciela traktierni) wraca do szczytnej idei Cesarza(…) czy w ogóle wypada mi, abym ja projektował i wykonywał dekoracyę, gdzie miejsce na Cesarza austriackiego ma być zostawione? Ja sądzę, że tego ja żadną miarą robić nie mogę.”
Któryż z projektantów ma dziś takie dylematy?! Mój Boże…
Znakomity gmach Izby jest dziełem Tadeusza Stryjeńskiego współpracującego ze znacznie odeń młodszym Franciszkiem Mączyńskim. Partery w projekcie inwestycyjnym przewidziano na lokale użytkowe pod wynajem, na II piętrze przewidywano mieszkania. Zarówno Wyspiański, jak i Mehoffer byli Stryjeńskiemu dobrze znani – ale ryzyko pozostawało: Wyspiański był doświadczonym projektantem udanych wnętrz i teoretykiem zagadnienia, Mehoffer - poza Izbą - nie zaprojektował żadnego zrealizowanego projektu wnętrza. Projekt Mehoffera był propozycją bardziej dekoracyjną aniżeli pomysł poprzednika. Zachowane rysunki projektowe Wyspiańskiego wskazują, że tym razem (w przeciwieństwie do jadalni Żeleńskich…) artysta miał wzgląd na wygodę i użyteczność sali. Budynek Izby ważny jest w naszej wyprawie także z innego powodu – artyści TPSS widzieli w nim realizację zasad zespołowej współpracy artystów, projektantów, budowniczych i rzemieślników różnych dziedzin. W 1983 r. ukazała się w Wydawnictwie Literackim monografia tego budynku, pióra Zbigniewa Beiersdorfa i Jacka Purchli.

Szkice Józefa Mehoffera do projektu wnętrza.
Po wyjściu z gmachu Izby przejdziemy Plantami i podziemnym przejściem aż do placu Dworcowego, by zatrzymać się przy kładce pieszej nad ulicą Lubicz.
15. Przejazd pod torami kolei w linii ul. Lubicz, znany jako „Podkop Talowskiego” czyli Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek.
Nieledwie kilka lat temu Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne odnowiło przepięknie przejazd pod torami kolei, obok Dworca Głównego, w linii ul. Lubicz. Dawną świetność odzyskała ślusarka i kamieniarka wiaduktu kolejowego i jego otoczenia. Na powrót możemy podziwiać koronę cesarską Rudolfa Habsburga.
"Podkop" Talowskiego.
16. Gmach Towarzystwa Lekarskiego przy ulicy Radziwiłłowskiej
Skromny w formie budynek z 1904 r., projekt dwójki architektów - Władysława Kaczmarskiego i Józefa Sowińskiego, kryje prawdziwy rarytas: wnętrza domu zaprojektował Stanisław Wyspiański, i zostały zrealizowane, oraz dotrwały – mimo zniszczeń dokonanych podczas wojny – do naszych czasów. Zniszczenia – wspomnijmy – powstały we wszystkich okolicznych kościołach, podczas wysadzania przez Niemców wiaduktu kolejowego przy ul. Kopernika. Przesadnie skuteczny ładunek i saperski wzruszył fundamenty sąsiedniego kościoła św. Mikołaja a wybuch rozniósł witraże u Jezuitów oraz właśnie w Towarzystwie Lekarskim. Dziś odnowione wnętrza pozwalają na podziwianie witraży (wyk. Tuch-Ekielski), balustrad uchodzących za symbol epoki (liście kasztanowca) i ich wsporników, zapożyczonych jako forma z dziedzińca Collegium Maius Uniwersytetu.
Zachowany jest kolor ścian w poszczególnych pomieszczeniach, meble i rozkład pomieszczeń w budynku. Meble mahoniowe sporządził Wyspiański lekkie i praktyczne, nie stanowiące tym razem grubo ciosanego manifestu scenograficznego. Niespotykanie pomalował ściany Sali posiedzeń i sufit – na kolor delikatnego różu. Szpileczka została jednak wbita przez Mistrza: na krzesłach nie sposób się zdrzemnąć, bo siedzący zsuwa się natychmiast na podłogę, a pochyłe, półkoliste podparcia dla łokci jeszcze temu niebezpieczeństwu dopomagają.
Pod wiaduktem przy ul. Kopernika przejdźmy pod wieżę sąsiedniego kościoła Jezuitów i – wejdźmy do środka.
17. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa potocznie nazwany Kościołem Jezuitów
Bazylika jest jednym z najznakomitszych artystycznie kościołów w Polsce. Powstawała wg projektów Franciszka Mączyńskiego w l. 1909-1921. Jest przykładem wczesnego modernizmu, choć detalem i wnętrzem nawiązuje do bazylik romańskich. Ma też wiele innych odniesień historycznych, które jednak składają się piękną całość. Dla jej wspaniałości udało się stworzy ć zespół wybitnych indywidualności współpracujących ze sobą w sposób, który przysłużył się harmonijnej spoistości. Lista nazwisk twórców to duża część polskiej historii sztuki tamtych czasów i hołd dla dokonań Polskiej Sztuki Stosowanej: Mączyński, Laszczka, Dunikowski, Bukowski, Hukan, Stroynowski, Stachiewicz i Raszka.
I tak nasz długi spacer przez sztukę i Kraków dobiegł końca. Proszę powtarzać go samodzielnie – w całości lub w częściach, bo warto.